Glenn Hughes – wyśmienity brytyjski śpiewak hardrockowy i basista – powrócił do Polski na dwa koncerty w ramach trasy Chosen Years. Dzięki uprzejmości organizatora – agencji Winiary Bookings – mieliśmy przyjemność uczestniczyć w krakowskim koncercie tego muzyka, który odbył się 8 września w Klubie Studio.
Glenn najczęściej kojarzony jest z Deep Purple i trzema płytami, które nagrał z tym zasłużonym zespołem. Jako członek tej grupy został doceniony przyjęciem w szeregi Rock’n’Roll Hall Of
Fame. Drugi filar jego kariery to z kolei udział w grupie Trapeze. Oczywiście Hughes nie stroni też od działań solowych, a w ostatnich latach dodatkowo nagrywa płyty i koncertuje z supergrupą Black Country Communion.
Zanim Glenn Hughes z towarzyszącymi mu muzykami pojawił się na scenie, publiczność skutecznie rozgrzewał pochodzący z Sydney kwartet Darker Half. Australijczycy jeńców nie brali, oferując spust heavymetalowej surówki, a wokalista imponował głosem porównywalnym do tego, jaki wydobywa z gardła gwiazdor tego wieczoru. Występ ciepło przyjęty przez gromadzącą się publiczność (tego wieczoru przez miasto przeszła ulewna burza i były problemy z punktualnym dotarciem do klubu). Dodatkowo uwagę zwracała okładka ich analogu dostępna na stoisku z merchem – panowie do zaprojektowania okładki wykorzystali motyw z obrazu Jana Matejki „Stańczyk”. Krakowska widownia na pewno doceniła ten fakt.
Po krótkim przemeblowaniu sceny wyszedł On. Uśmiechnięty, wyluzowany, z krótszymi niż ostatnio włosami, puszczający zajączki garniturem olśniewająco białych zębów, których mógłby mu pozazdrościć George Michael. No i zaczęła się jazda praktycznie bez trzymanki. Purplomaniacy nie zostali tego wieczoru dopieszczeni, Glenn, który mówi sam o sobie, że jest już na tym etapie kariery, że może robić co chce i nie musi nic nikomu udowadniać, skupił się na zagraniu piosenek z nadchodzącej płyty oraz przypomnieniu numerów solowych i kompozycji z repertuaru Trapeze. Zaczęło się od „Soul Mover”, potem między innymi „Voice In my head” czy „You kill me”. Pojawiły się również trzy kompozycje supertria Black Country Communion – „One last soul”, „Stay Free” i „Black Country”. Trapeze został przypomniany dzięki „Medusie” i akustycznie solowo wykonanemu w bisach „Coast to coast”, a wspomniani purpurowi fani dostali tego wieczoru od Glenna tylko „Burn” na ostatni bis.
Kapitalna forma artysty, głos jak żyleta i pięknie przesterowany bas realizowany za pomocą dwóch „lodówek” Orange. Wierzyć się nie chce, że ten facet ma już siódmy krzyżyk na karku. Między utworami sporo anegdot i miłych ukłonów w stronę Polski i Polaków, które nie wydawały się sztuczne i wymuszone. Basiście towarzyszyli gitarzysta Soren Andersen i zasiadający za bębnami Ash Sheehan. Piękny koncert, pełen znakomitej energii. Takich artystów jest już coraz mniej, więc gratulując agencji Winiary Bookings kolejnej udanej imprezy w dorobku mamy nadzieję, że uda się po raz kolejny zaprosić do Polski Glenna Hughesa z kolegami.
Tekst i zdjęcia: Sobiesław Pawlikowski / Ada & Sobiesław Pawlikowscy Photography


















































