Ostatni dzień tegorocznej edycji Colours Of Ostrava odbywał się w końcu w prawdziwie letniej, upalnie słonecznej atmosferze. Choć przez nieczynny kompleks huty przechodziły tam i z powrotem dziesiątki tysięcy festiwalowiczów, wszędzie było czysto i schludnie, co z jednej strony jest zasługą armii ludzi w zielonych koszulkach nieustannie zbierających nieliczne śmieci. Ale organizatorzy zwracają uwagę na promocję ekologii i segregacji śmieci, a wszechobecne kosze i worki na odpadki ułatwiają uczestnikom pozbycie się opakowań po posiłkach i napojach.
Colours kojarzą się nam z sielską i pozytywną atmosferą, imponuje dbałość organizatorów o ułatwienie udziału w imprezie osobom, które mają trudności z samodzielnym poruszaniem się – wszędzie widać toalety przystosowane dla osób poruszających się na wózkach, przy głównych scenach przygotowano specjalne podwyższenia, z których łatwiej tym słuchaczom obserwować to, co się dzieje na estradach. Imponuje też ilość seniorów – osoby po 65 roku życia są zapraszane do udziału w koncertach bez konieczności zakupu biletów i to kolejny powód do wystawienia pięknej laurki sztabowi przygotowującemu ten piękny czterodniowy maraton muzyki i dobrej zabawy.
Koncerty na głównej scenie otworzyła czeska formacja J.A.R., jeden z najbardziej kultowych zespołów rockowych w historii Czech ale już od od otwarcia bram festiwalu najbardziej widoczna była grupa fanów koreańskiego artysty, Lee Seung Yoona zaopatrzona w koszulki, plakaty i szaliki z wizerunkiem artysty. Ten 35-latek z Korei Południowej po raz pierwszy pojawił się w 2012 roku jako członek zespołu indie rockowego, a wpływ tego gatunku pozostał kamieniem węgielnym jego solowej twórczości, do której wkrótce potem przeszedł. Wydał trzy albumy studyjne, jeden koncertowy i kilka singli, co oznaczało okres płodny w jego karierze. Przełom nastąpił w 2021 roku, kiedy wygrał popularny południowokoreański talent show Sing Again. Po zwycięstwie tym nastąpiły wyprzedane występy, a jego utwory znalazły się również w popularnych koreańskich serialach. Po Lee Seung Yoonie scenę przejął duet Sofi Tukker, tworzony od 2014 przez Sophie Hawley-Weld (Sofi) i Tuckera Halperna (Tukker) zapraszając na imprezowy, taneczny koncert pełen piosenek z nowej płyty „Bread” i znanych hitów.
Na drugiej co do wielkości T-Mobile Stage rozpoczęła czeska legenda – Bez ladu a skladu. Zespół który powstał jeszcze w komunistycznej Czechosłowacji i był formą buntu młodych przeciw reżimowi choć od ćwierćwiecza formalnie nie istnieje, to zbiera się na specjalne okazje i występuje publicznie. W Ostrawie pojawili się na scenie w towarzystwie małej dętej orkiestry ludowej, a ich przyjęcie przez lokalną publiczność dowodziło pozycji, jaką mają w historii „czechosłowackiego” rocka.
Po czeskich muzykach na scenę wkroczyła reprezentantka Słowacji – Jana Kirschner, autorka kilku solowych albumów i kompozytorka muzyki filmowej, nawiązująca klimatem swoich utworów do Tanity Tikaram czy Róisín Murphy (z którą łączy ją osoba współpracownika z jej czasów w Moloko, a prywatnie partnera Jany – Eddiego Stevensa). Na tej samej scenie wystąpił Poranguí. Muzyk pochodzący z Brazylii gra solo na kilkudziesięciu etnicznych instrumentach wykorzystując loopery i pogłosy. No i tu kolejny szacunek dla artysty i dowód na ciekawość muzyczną słuchaczy – wieczorny koncert na potężnej scenie wykonany przez znakomitego szamana dźwięku, znakomicie brzmiący, ale jednak mający bardziej charakter jakiegoś misterium niż beztroskiej muzycznej zabawy przykuł uwagę świetnie reagującej kilkunastotysięcznej publiki, która przyszła tu prościutko z mocno tanecznego koncertu Sofi Tukker – takie rzeczy tylko w Ostrawie.
Na Orange Drive piękny koncert zagrali reprezentanci Argentyny. Toch to trio, wszyscy panowie śpiewają (pięknie w trójgłosie), a oprócz sekcji rytmicznej nie ma tam gitary i czy klawiszy, a jest bandeon, czyli rodzaj akordeonu. Panowie bujają głównie w rytmie ska i reggae, na koncie mają 4 longplaye, więc jest czego posłuchać i dla mnie to był jeden z lepszych momentów tegorocznego Colours, więc polecam wyszukanie twórczości tych trzech uśmiechniętych panów z pełną odpowiedzialnością.
Scenę Drive zamknął niezwykły występ. Loverman to solowy projekt belgijskiego artysty Jamesa de Graefa, byłego członka zespołu punkrockowego Shht. W nowej odsłonie, obdarzony głębokim głosem songwriter z Brukseli zaproponował klimatyczny i świetnie przyjęty przez publiczność koncert kojarzący się z atmosferą występów Nicka Cave’a czy Leonarda Cohena.
Fresh Stage to dla mnie tego dnia przede wszystkim fascynujący koncert Carpetmana, czyli muzyka Kalush Orchestra. Występujący z DJ-em i gitarzystą raper przyodziany w swój słynny kostium po prostu zaczarował. Aż tak, że wysłuchałem prawie całego setu nie bacząc na to, że wypadałoby biec z aparacikiem foto pod kolejną scenę robić zdjęcia następnym artystom. Nie dało się. Etniczne wizualizacje na ekranach ledowych pięknie dopełniały to, co trzej panowie robili na scenie i żal tylko, że koncert odbywał się w absolutnie pełnym słońcu – gdyby jeszcze były odpowiednio wyreżyserowane światełka, byłby to koncert całkiem perfekcyjny. Wcześniej zagrało tu owacyjnie przyjęte duo Marcell & Fiedlerski z udziałem malowniczego bębniarza Matyasa Vordy. Mocne, fajne piosenki, naturalny i świetnie śpiewający frontman. Również rzecz warta wyszukania w „internetach” dla słuchaczy, którzy są ciekawi muzyki z ciut mniej oczywistych kierunków niż zachód. A na tej scenie zmagania koncertowe rozpoczął w tym dniu kwintet Meluzina, w którym oprócz perkusisty grają cztery panie. Skojarzenie z Meluzyną z „Akademii Pana Kleksa” częściowo trafne – Meluzyna to według czeskich legend rusałka wodna, która z węża przeistacza się w piękną kobietę. Altpopowe, nacechowane poetyką i łagodnością pieśni w wykonaniu kwintetu ciepło przyjęte przez gromadzącą się publiczność, mnie jakoś szczególnie nie porwały. Na tej scenie wieczorem pojawiła się Zamilska, ale niestety nie było nam dane doświadczyć jej występu, musieliśmy wcześniej wracać do Polski.
I w telegraficznym skrócie odnotujmy dwie ostatnie sceny, jakie odwiedzaliśmy tego dnia. Na Full Moon Stage pierwszym wykonawcą była Kvietah, czyli Magdalena Fendrychova z zespołem. Po niej Ida The Young, czyli kwintet pochodzący z Pilzna alternatywny tak, że panowie (może poza perkusistą) wyglądali jak urzędnicy lokalnej skarbówki. Niczego nie odbierając urzędnikom. Dużo mocniejsze kopnięcie wykonał pochodzący z Bratysławy wokalista Viktor Ori występujący w duecie z perkusistą. Na najmniejszej, położonej u stóp Bolt Tower scenie REC. tego dnia głównie debiutanci. Zaczęła formacja Bound To Break i to było miłe rozpoczęcie, bo chłopaki troszkę dołożyli do pieca – było więcej gitar i prawie metalowego momentami granka, a tego ogólnie w line-upie całego festiwalu w tym roku jednak ciut za mało. Zabawne i fajne granie w wykonaniu tria ZND poruszającego się w stylistyce pop-punk. Na tej scenie zdążyłem jeszcze zahaczyć o występ młodego kwartetu MIDNIGHT z Nowego Jicina, gdzie dość śmieszną acz skuteczną jeśli chodzi o wywarcie wpływu na słuchaczy solówką popisał się kolega perkusista. Na wielki finał – laureaci Grammy – amerykański duet The Chainsmokers z laserowym show i hitami łączącymi pop i elektronikę i taneczne dźwięki.
No i koniec. Kolejna edycja Colours Of Ostrava być może jako całość nie zrobiła na nas aż takiego wrażenia jak poprzednie, w których dane nam było uczestniczyć, ale to nie znaczy, że było źle. Wprost przeciwnie. Wiele bardzo dobrych koncertów. Chciałoby się więcej gitarowego, rockowego grania, być może zaskakuje też rosnąca ilość artystów występujących solo bądź w duecie, wspomagająca brzmienie basem, klawiszami płynącymi z różnych komputerów czy samplerów. Wielu obserwatorów scen muzycznych zauważa, że wchodzimy w erę solistów, że coraz mniej zakłada się zespołów – być może mają rację? Organizatorzy festiwalu już ogłosili datę przyszłorocznej edycji COO i pytają uczestników o artystów, których chcieliby usłyszeć – oby nasze obawy okazały się przedwczesne i na czeskich scenach pokazało się jeszcze więcej zespołów, kilkuosobowych, w których muzyka powstaje z połączenia wrażliwości i umiejętności kilku muzyków, a nie będących realizacją autorskiego pomysłu lidera. Chciałoby się też pokazać naszym południowym sąsiadom więcej polskiej muzy – w ubiegłych latach kapitalnie zaprezentowały się tu między innymi Kwiat Jabłoni i Hańba! No i oczywiście Ewa Farna, ale ona, choć może „w połowie nasza” to jednak po południowej stronie granicy ma status dużo ważniejszej gwiazdy niż w Polsce. Ale skoro Orlen jest jednym z głównych sponsorów imprezy to może warto byłoby zaproponować zorganizowanie w Ostrawie sceny, gdzie pokazalibyśmy więcej „naszych”. Niekoniecznie największych gwiazd, ale ciekawych wykonawców, którzy mogą sprzedać się w takich okolicznościach przyrody… Oby. Tak czy siak opuszczaliśmy Ostrawę zmęczeni, ale szczęśliwi i wypełnieni dobrą, czeską atmosferą, fajnymi wspomnieniami, dobrą muzyką no i – co tu dużo mówić – pysznymi czeskimi plackami ziemniaczanymi. Termin Colours Of Ostrava już mamy zaznaczony w kalendarzu i niezależnie od tego, jakich artystów ostatecznie organizatorzy zaproszą na swoje sceny mamy nadzieję, że uda się nam wrócić do Ostrawy kolejny raz.
Tekst i zdjęcia: Sobiesław Pawlikowski, Ada Kopeć-Pawlikowska








































































































