To był wieczór, w którym warszawski Torwar przestał być halą sportową, a stał się świątynią dźwięku. We wtorek 12 maja, Tori Amos wróciła do Polski w ramach trasy koncertowej promującej jej najnowszy album „In Times of Dragons”.
Gdy Artystka weszła na minimalistyczną scenę, w centrum której stał jej fortepian i syntezatory, przywitała ją owacja na stojąco. Wrzawa ucichła, gdy tylko palce Tori Amos dotknęły klawiszy. Publiczność reagowała żywiołowo zarówno na znane od lat utwory – „Crucify” czy „Cornflake Girl” – jak i te pochodzące z najnowszej płyty Artystki – „Shush” czy „Stronger Together”. To, co zawsze fascynuje w Tori Amos, to jej fizyczna relacja z instrumentami – podziw budzi jej umiejętność balansowania między fortepianem a syntezatorami, to, że gra na obu instrumentach jednocześnie.
Głos Tori Amos jest w doskonałej kondycji – może niższy, może bardziej ziemisty, ale wciąż potrafi ciąć powietrze jak brzytwa. Ten koncert to nie był występ „gwiazdy przeszłości”, to był manifest Artystki, która wciąż jest o kilka kroków przed wszystkimi. Jeśli nie było Cię na Torwarze, masz czego żałować. To była Tori Amos u szczytu swojej dojrzałej potęgi. Owacje na stojąca niech będą tego najlepszym potwierdzeniem.
Organizatorem warszawskiego koncertu Tori Amos była agencja Live Nation.
tekst: Karolina Demska
zdjęcia: fot. Rafał Demski / rafaldemski.com / www.instagram.com/rafaldemski



































