W czeskiej Ostrawie trwa od wczoraj festiwal Colours Of Ostrava. Drugi dzień tegorocznej edycji rozpoczął się mżawką i choć pogoda do wieczora była o tyle łaskawa, że solidnej ulewy na szczęście nie doświadczyliśmy, to pelerynki i „celofanowe poncza” okazały się tego dnia najmodniejszą częścią garderoby wśród festiwalowych gości, którą kilkakrotnie trzeba było zakładać, żeby uchronić się przed opadem atmosferycznym.
Na największej scenie festiwalu dzień rozpoczął świetnie przyjęty przez gospodarzy Calin. To czeski wokalista mołdawskiego pochodzenia, który na lokalnych scenach działa od dekady, ale na wyżyny krajowej popularności wyniosła go płyta „Roadtrip” z 2023 roku. Niewątpliwie jednym z najważniejszych wydarzeń festiwalu zapamiętanym na dłużej okaże się recital Finneasa. Niebywale utalentowany człowiek – odpowiedzialny w dużej mierze za spektakularny sukces swojej siostry, Billie Eilish znajduje w sobie kolejne pokłady zapasów twórczych i pisze dla siebie piękne, proste, mądre piosenki. Znakomicie te utwory się niosły w festiwalową przestrzeń, bardzo dobrze się tego słuchało i dobrze byłoby go ugościć w moim rodzinnym Krakowie, skoro niedawno pokazaliśmy jego siostrze jak bardzo trafia do nas ich twórczość.
Artysta, który dla wielu uczestników imprezy był największym magnesem czwartkowego line-upu to nieśmiertelny i niepokonany Iggy Pop. Godzina z legendą punk rocka na żywo to przepiękna lekcja historii muzyki. I nie ma się co czepiać, że w kilku początkowych piosenkach „coś nie żarło”, „coś poszło bokiem”. W końcu wszystko zatrybiło i trafiło na właściwe tory, a spotkanie z tym śpiewakiem, który tak bezczelnie i buńczucznie ilustruje samym sobą jak działa upływający czas, pozostanie wspomnieniem niezacieralnym w mojej muzycznej pamięci.
Jak to zwykle bywa w Ostrawie, fajne rzeczy działy się także na mniejszych scenach. Nie trzymając się chronologii, a bardziej lokalizacji, wspomnijmy o młodych artystach występujących na Rec. Stage ustawionej koło Bolt Tower, jednej z większych atrakcji turystycznych kombinatu w Dolnych Vitkowicach. Warto tu wspomnieć wzruszającą zapowiedź Matiasa Hlozka, który opowiedział, że jego dziadek pracował w tej hucie, więc dla niego to ważne, żeby zagrać swoją muzykę właśnie w tym miejscu. Na tejże estradzie miał miejsce kolejny powód do naszej dumy narodowej – bardzo udany set zaprezentowali Polacy z HOW WE MET. Olsztynianie, którzy zwyciężyli w tegorocznej edycji konkursu dla polskich zespołów, przyciągnęli pod scenę całkiem sporą grupę festiwalowiczów, a ich szczera radość muzykowania świetnie rezonowała z reakcją słuchaczy. Polacy potrafią. Tu też zagrała debiutująca formacja Getaway reprezentująca gospodarzy. Wpadło mi to w ucho, bo i młodziutka wokalistka ma dobry głos i świetne inspiracje, i zawsze cieszy fakt, że takie dzieciaki (nie wiem czy ktokolwiek z dwójki grających w zespole dziewczyn i trzech chłopaków skończył 20 lat) zamiast bawić się laptopami czy stołami didżejskimi biorą się za bębny i gitary miksując swoje inspiracje sięgając również do stylistyki klasycznego R’n’B. Świeże, jeszcze półamatorskie można by rzec granie, ale bardzo ożywcze i radosne dla ucha. W „ezoterycznym” namiocie Cacao Stage udało się nam przemknąć tego dnia jedynie przez występ Netaniela Goldberga. I jeśli pominie się fakt, że nawet na stronie festiwalu jego obecność była anonsowana nie jako „koncert” tylko jako „ceremonia muzyczna”, to taka mikstura kultur z domieszką wpływów żydowskich w wykonaniu faceta, który po prostu świetnie śpiewa świadomie wykorzystując duże możliwości wokalne, znów mogła być chwilowym wytchnieniem od festiwalowego zgiełku i harmideru.
Druga co do wielkości scena – T Mobile Stage – przywitała festiwalową społeczność rozkosznym występem estońskiego duetu Puuluup. Dwóch eleganckich, cudownie autoironicznych dżentelmenów grających na klasycznych słowiańskich lirach i budzących realny entuzjazm wśród tłumu słuchaczy – takie rzeczy tylko w Ostrawie. Kompletna zmiana klimatu w tym miejscu odbyła się za sprawą Katalończyków z MAINLINE MAGIC ORCHESTRA. Malownicze electro w wykonaniu artystów w oryginalnych kostiumach wybudzało ze zmęczenia i niewyspania, stanowiąc jednocześnie przygotowanie do świetnie przyjętego tu koncertu Nogi Erez. Wydaje się, że i ta artystka może poszczycić się gronem fanów, którzy pojawili się na festiwalu głównie dla niej, a ona nie zawiodła zaufania słuchaczy.
Przemykając przez festiwalowy tłum w drodze do biura prasowego zahaczyliśmy o taneczną Fresh Stage gdzie bardzo dobry set zaserwował miłośnikom pląsania izraelski duet Shitan & Sakal. Ja osobiście nie do końca jestem klientem dla tego typu działalności muzycznej, ale jak się w niej pojawiają rytmiczno-melodyczne wątki z Bliskiego Wschodu, to uszy stają mi na baczność i zwracam większą uwagę na to, co akurat dobiega do moich zmysłów. Nie była to może taka bomba radości jak występ Tarante Groove Machine, jakiego doświadczyłem tu na jednym z poprzednich festiwali, ale piękna wokalistka i świetny, grający również na klawiszach DJ zdecydowanie „dali radę”. Na nieodległej Full Moon Stage, na której wcześniej wystąpiła m.in. Nina Kohout, w mroku zagrał mroczny duet Axontorr ilustrując swoje mroczne elektrodźwięki jedynie mrocznymi monochromatycznymi wizualizacjami na ekranie zawieszonym za sceną i oślepiając niewielką publiczność mało mrocznymi stroboskopami.
A na deser zostaje nasza ulubiona Orlen Drive Stage. Tajwan to musi być fajne miejsce na ziemi, 12 miesięcy temu na tej scenie zauroczyła mnie Sauljaljui, do której nagrań do dziś sięgam, więc w tym roku rączo przybiegłem na spotkanie z równie uroczą Chih-Chih. Dziewczyna rzeczywiście cudowna, rozkosznie śpiewająca i świetnie akompaniująca sobie na gitarze, przywiozła ze sobą zacnych muzyków. Fakt że grali z nut, może sugerować że byli po prostu wynajętymi sidemanami (tudzież sidewomenkami, bo na kontrabasie zawodowo zasuwała dziewczyna), a nie pracującym ze sobą na co dzień bandem, przez co całość mimo naturalnej subtelności samej wokalistki i błogiego nastroju, w jaki wprowadzała swoim głosem i uśmiechem pozostawiła jednak lekki niedosyt. Mam nadzieję, że jak Chih-Chih nabierze ciut więcej pewności siebie i opracuje ciut bardziej konsekwentnie swoją sceniczną obecność, to znów wsiądzie w samolot i po 20 godzinach lotu zagra dla nas gdzieś w Europie opowiadając o naturalnym pięknie tajwańskiej ziemi i losach jej przodków.
Wcześniej udany set zaprezentowali tu nasi reprezentanci z duetu Rat Kru. „Otwieracze” z reguły mają najtrudniejsze zadanie – o wczesnej porze jeszcze mało ludzi na imprezie, pogoda taka sobie, ludzkość snuje się zmęczona „po wczorajszym”, a tu trzeba wyjść na scenę i zrobić swoje. I nawet światłami i dymem się nie można wspomóc, bo się gra w słońcu, może lekko zachmurzonym, ale jednak. No i Polacy dali radę, choć to nie moja muzyczna bajka, to jednak szacuneczek za kawał dobrze wykonanej roboty. Ale na koniec i moje sympatie muzyczne zostały w tej lokalizacji mile połechtane, co odnotowuję z radością, bo bardzo duża grupa „festiwalowiczów” miała podobne odczucia zagęszczając tłum podczas kolorowego i świetnego muzycznie występu afrykańskiego kolektywu Benin International Musical. Piękna muzyczna mozaika z korzeniami w rootsowym afrykańskim graniu, ale z wpływami wynikającymi z dokładania kolejnych elementów do ich pulsującej fabryki brzmienia. Takie żywe granie zawsze świetnie się sprawdza i zawsze go będzie za mało, stąd nieustający apel do organizatorów – więcej takiego naturalnego, organicznego groove na scenach a mniej beatu z laptopów i samplerów 😊.
Drugi dzień imprezy zakończyliśmy ciut wcześniej opuszczając imprezę, gdy na dużej scenie zainstalował się didżejski duet Justice. W końcu trzeba zachować siły fizyczne i umysłowe na kolejne dwa dni biegania między scenami z harmonogramem koncertów w kieszeni, a w międzyczasie warto też „powchłaniać” cudownie niezobowiązującą i luźną atmosferę jaką z reguły promieniują festiwale organizowane przez naszych południowych sąsiadów. A w tzw. międzyczasie jeszcze trzeba przygotować fotorelację, do obejrzenia której serdecznie zapraszamy.
Tekst i zdjęcia: Ada Kopeć-Pawlikowska, Sobiesław Pawlikowski / Ada & Sobiesław Pawlikowscy Photography
Zdjęcia Iggy’ego Popa – Eugene Zhyvchik i Filip Kustka / Colours of Ostrava




























































































