Czeska Ostrawa od ponad 20 lat staje się w połowie lipca świętem muzyki i dobrej zabawy. Organizowany tu w malowniczych postindustrialnych przestrzeniach byłego kombinatu metalurgicznego w Dolnych Witkowicach festiwal Colours of Ostrava przyciąga dziesiątki tysięcy słuchaczy. Geograficzna bliskość tego miasta do polskiej granicy powoduje, że często w festiwalowym tłumie słychać rodzimą mowę. I my od kilku lat staliśmy się fanami tej imprezy i staramy się bywać na niej regularnie. Tegoroczna edycja COO odbywa się w dniach 16-19 lipca.
Oczywiście jak to na dużym festiwalu, nie sposób odnotować wszystkiego, co się wydarzyło na kilkunastu scenach oddalonych od siebie, ale do Ostrawy dotarliśmy tuż przed oficjalnym otwarciem festiwalu, gdy na mniejszych scenach grała już muzyka. Muzyka muzyką, ale obowiązki festiwalowe najpierw. Po zjedzeniu obowiązkowego „poctivego bramboraka”, czyli wielkiego placka ziemniaczanego z sosem czosnkowym, zameldowaliśmy się pod główną sceną. O 17:00 organizatorzy i główni sponsorzy powitali kilkudziesięciotysięczny tłum. W tym roku ceremonia otwarcia była ograniczona do minimum, a po krótkich wypowiedziach wystrzeliły armatki z confetti, a następnie na scenie pojawili się muzycy z zespołu Bena Cristovao. Urodzony w Pilźnie syn Czeszki i Angolczyka wśród „tubylców” jest bardzo popularny i jego koncert na otwarcie festiwalu był przyjęty entuzjastycznie.
Immanentną częścią festiwalowej obecności są oczywiście pielgrzymki miedzy scenami. Na naszej ulubionej Orlen Drive Stage już o 16:00 pojawiła się formacja Docuku, ale my tego dnia zdążyliśmy się tam ucieszyć wieczornym koncertem folkowej formacji Kíla, świetnie wykonującej folk irlandzki i celtycki. Zdaje się, że panowie niedługo wystąpią w Krakowie – zachęcamy aby nie przegapić tego wydarzenia.
Druga co do wielkości scena to T-Mobile Stage i na niej dzień rozpoczęli gospodarze, formacja Nedivoč z Ostrawy. Udany występ odnotował Brytyjczyk Matt-Felix, o którym chyba można mówić jako o wschodzącej gwieździe. Zdaje się, że mieliśmy okazję usłyszeć piosenkarza, który w następnych sezonach będzie czytał swoje nazwisko na festiwalowych plakatach wydrukowane dużo większą czcionką. A wieczorem tą sceną zawładnął przesympatyczny 27-letni Amerykanin Mark Ambor, dyskontując sukces wydanej rok wcześniej płyty „Rockwood”.
W międzyczasie mocną taneczną pobudkę zapewnił nam duet Noisy Pots który pojawił się na doskonale brzmiącej scenie Fresh Stage. Uwagę zwracał zwłaszcza perkusista używający do gry kubłów po farbach i różnych naczyń zamiast typowego zestawu bębnów. Mocno alternatywna scena Full Moon została zdominowana przez energetyczny występ kwintetu Chief Bromden reprezentującego gospodarzy – kolejne fajne odkrycie festiwalowe dla nas. Przyciągający uwagę wokal, energia eksplodująca ze sceny, kapitalna praca sekcji z malowniczym bębniarzem na czele – wszystko się zgadzało i choć takie alternatywne, noise-rockowe granie to nie moja „muzyka pierwszego wyboru”, to nagrania tej czeskiej piątki trafiają na moją spotifajową listę „bieżączki słuchaniowej”. Na tej samej scenie przejmujące misterium elektro wykonał hiszpański duet Los Sara Fontan. Powrót z mniejszych scen pod największą estradę umilił nam świetny występ kolejnych reprezentantów gospodarzy na Rec. Stage – grupa Jaykey to solidne rockowe granie podbarwione umiejętnie elektroniką i elementami rapu, a uwagę przyciągał świetny frontman.
Cacao Stage to namiot w którym występują wykonawcy mogący się kojarzyć ze sceną new age, dźwiękami inspirowanymi niezależną, etniczną duchowością. Niezależnie od podejścia do tego typu różnych filozofii – to miejsce często bywa skutecznym sposobem na relaks i wyciszenie w centrum festiwalowo-didżejskiego zgiełku. W pierwszy dzień festiwalu zdążyliśmy wpaść tam na kojący i radosny występ formacji Hanuman Project z gościnnym udziałem śpiewaczki Pao Pamaki. Artyści sławiący Hare Krshna bez problemu porwali zgromadzonych do pląsów i wspólnego odśpiewywania mantr.
Wróćmy już zatem na główną Ceska Sportielna Stage, gdzie dyskotekę dla kilkudziesięciu tysięcy uczestników skutecznie rozbujał Shaggy. Jamajczyk pojawił się na scenie w towarzystwie didżeja i znakomitej sekcji rytmicznej no i rozkręcił imprezkę do granic możliwości. Obserwowanie nie tyle tego, co artyści robili na scenie, ale co prezentowane przez nich reggae, dancehall i rapsy robią z – niektórymi zwłaszcza – słuchaczami to rozkosz. No i podczas koncertu pojawił się na chwilę na scenie gość nie byle jaki – sam Sting! Jak łatwo się domyślić był on headlinerem pierwszego dnia festiwalu i zamknął środowe koncerty w sposób wzorcowo przepiękny.
Pan Gordon to artysta, którego wielbię w każdym wydaniu i szanuję absolutnie. Miałem rozkosz wiele razy widzieć Go na scenie, włącznie z koncertem The Police na Stadionie Śląskim w Chorzowie – i do „policyjnych” klimatów Sting wrócił występując w trio z Dominikiem Millerem i doskonałym bębniarzem Chrisem Maasem. Kapitalna energia, świetne wykonania i organiczna forma ikonicznego dla muzyki rockowej składu trzyosobowego – bas, bębny, gitarka no i głos Mistrza – jedynie chyba w „Desert Rose” panowie wspomogli się techniką, żebyśmy mogli usłyszeć wszystkie te smaczki aranżacyjne i chórki. A po za tym po prostu piękne wersje hitów „policyjnych” i tych z solowych płyt na trzy korzenne dla rocka instrumenty i głos. Panowie doskonale bawili się aranżami, basówka w rękach Stinga brzmiała znakomicie, a sposób w jaki Dominic traktował choćby utwory The Police na swoim Stratocasterze również bardzo przypadł mi do gustu. Shaggy odwdzięczył się Stingowi rewizytą i również wyszedł na scenę, panowie wspólnie wykonali jeden z największych przebojów dowcipnie zmieniając słowa refrenu – śpiewali o facecie z Jamajki w Nowym Jorku. Że niby jest alienem. Ale i Englishman tam się w którymś momencie pojawił, bo w pewnym sensie obaj Artyści w Nowym Jorku mogli się czuć podobnie wyalienowani. No i na koniec wzruszające „Fragile” i „Roksanka” i w potężnym tłumie opuszczaliśmy o północy festiwalowy teren przepełnieni świetną, radosną energią, jaką wlał w nas Sting z kolegami.
Rok temu na tym pogodnym i rozkosznym festiwalu mieliśmy przyjemność spotkać Joannę Kołaczkowską, Przyjechała tu z rodziną, prywatnie – po prostu pobyć i posłuchać muzyki.
Gdy wróciliśmy do hotelu i odpaliliśmy komputery dotarła do nas druzgocąca wiadomość, że ta cudowna i niezastępowalna Artystka przegrała jednak walkę z najstraszniejszą chorobą i właśnie tego dnia odeszła. Nie chcę wpadać w jakiś tani patos czy egzaltację, ale przez ponad 3 dekady Pani Joanna była bardzo bliska nam i setkom tysięcy miłośników jej nieziemskiego talentu. Wspominając ubiegłoroczne z Nią spotkanie, kiedy w festiwalowym tłumie przed sceną, rozpromieniona i uśmiechnięta cieszyła się dźwiękami płynącymi ze sceny trudno przyjąć ten fakt, że choroba nam Ją odebrała.
Tekst: Sobiesław Pawlikowski
Zdjęcia: Ada Kopeć-Pawlikowska i Sobiesław Pawlikowski + Michal Augustini / Colours of Ostrava (Sting)








































































































