W Dżemie siła drzemie i to fakt niezaprzeczalny, a ta blues rockowa legenda ma w historii polskiej muzyki miejsce bardzo ważne. Dla wielu z nas, „starszaków”, ich muzyka była elementarną częścią wykształcenia muzycznego. Ja się do tych „starszaków” zaliczam, miałem szczęście słuchać ich jeszcze z Ryśkiem odbywając z mojej rodzinnej miejscowości pielgrzymki do Krakowa, Rzeszowa czy na Rawę Blues żeby posłuchać „polskich Allmanów”, jak ich czasem się nazywa. No i siłą rzeczy miałem przyjemność posłuchać ich z wszystkimi wokalistami, z którymi grali po śmierci Richarda i podziwiać w jak piękny sposób wtopili się w zespół perkusista Zbyszek Szczerbiński i klawiszowiec Janusz Borzucki. Na ich koncert zaplanowany na czternasty dzień marca br. w krakowskim klubie Studio wybrałem się by zobaczyć i usłyszeć jak grupa brzmi ze śpiewającym Sebastianem Riedlem w składzie.
No i absolutnie się oczywiście nie zawiodłem, a reakcja kompletu publiczności gromko (oraz czysto i równo!) wyśpiewującego z Bastkiem refreny dżemowych evergreenów tylko potwierdza moje wrażenie. Genetyka nie zawodzi i Sebastian w repertuarze Ojca wypada po prostu znakomicie. Jeśli chodzi o zestaw piosenek – jak to się mówi „the best of the greatest”, w końcu panowie mają z czego wybierać i śmiało wypełniliby znanymi numerami kilkugodzinny koncert. Od rozpoczynających główny set „Jesionów”, przez „Nieudany skok”, „Małą aleję Róż”, „Człowieku co się z tobą dzieje”, „Harleya” aż po „Wehikuł czasu” ze spokojniejszymi chwilami podczas „Listu do M.” czy „Do kołyski”. Na koniec „Sen o Victorii” i nieśmiertelne „Whisky”. Sebastian jak wiemy z dorobku zespołu Cree dobrze radzi sobie z gitarą i kilka razy sięgnął po akustyczne pudło dołączając do wirtuozerskich i pięknie brzmiących gitar Jurka Styczyńskiego i Adama Otręby, jak zwykle skupionego na wykonaniu swoich partii wraz ze stojącym obok basistą Benkiem Otrębą. Dla wspomnianych „starszaków” kolejny Dżemowy wieczór wzruszeń, ale wśród publiczności nie brakowało młodziaków, więc dobra, blues rockowa dżemowa maszynka znajduje uznanie w kolejnych pokoleniach fanów żywej muzyki.
Koncert otworzyła krakowska kapela Blackjob. Z zadania wywiązała się świetnie i bez kompleksów, a rosnąca grupka słuchaczy wypełniająca powoli klub coraz cieplej przyjmowała kolejne autorskie kompozycje zespołu. Panowie solidnie i spokojnie poruszali się w kręgu tradycyjnego rocka, solidna sekcja wzmocniona brzmieniem klawiszy zawodowo i motorycznie budowała akompaniament pod solówki gitarowe i śpiew wokalistki , a prym na scenie wiodła energetyczna frontmanka Liwia Limberger. Jedyna dla mnie wada tego suportu – mieli za mało czasu, bo zagrali ciekawie, świetnie przygotowując publikę przed wejściem na scenę starszych kolegów, i zapewne nie byłem jedynym uczestnikiem koncertu, który chętnie posłuchałby jeszcze ze trzech numerów w wykonaniu Blackjob.
Tekst i zdjęcia: Sobiesław Pawlikowski / Ada & Sobiesław Pawlikowscy Photography